Młoda mama w gąszczu produktów dla dzieci

Wpisy

  • czwartek, 31 października 2013
    • Zakamarki naszej biblioteczki - Ela

       

      Pisałam już kiedyś, że u nas się czyta i chcemy, by O. także cenił literaturę. Staramy się świecić przykładem;), choć zazwyczaj czytamy, gdy dziecko już śpi - inaczej się nie da - oraz zapełniać systematycznie jego dziecięcą biblioteczkę.

       

      Na razie nie jest imponująca, zawiera klasykę ("Słonia Trąbalskiego", "Lokomotywę" i tym podobne), ale ostatnio wzbogaciła się o pozycję, która zdetronizowała dotychczas ukochane "Na wyspach Bergamutach" i "Kwokę". 

       

       

      "Ubranka Eli" (wyd. Zakamarki) to przykład typowo skandynawskiej stylistyki - rysunki są mało "disenyowskie" (choć ja akurat lubię także takie), kolory raczej wypłowiałe, a tło po prostu białe. Tekstu też nie ma za wiele i nie jest wierszowany (a podobno takie dzieci lubią najbardziej). Mimo to Ela jest wałkowana codziennie po kilka razy (a czasem kilkanaście, raz po razie - widać nawet te efekty zaczytania na ostatnim zdjęciu).

       

       

      Urok książeczki tkwi w tym, że rewelacyjnie trafia w sedno dziecięcych zabaw: otóż Ela zdejmuje z siebie kolejne sztuki odzieży, ubiera w nie swoje zabawki i domowe zwierzaki, a potem w samych majtkach i kapeluszu dziadka zasiada w tym towarzystwie z szerokim uśmiechem. 

       

       

      Do złudzenia przypomina mi to niektóre zabawy mojego syna - potrafi przenosić po jednej sztuce zabawki, by ze stworzonej w ten sposób kupki wyjąć jakąś rzecz i gdzieś zanieść, przenieść, usadzić inaczej. Albo przekładać książeczki w sobie tylko znanym celu, ale za to w jakimiś dziwnym i skomplikowanym systemie. Wykonuje te czynności z dużym skupieniem i złości się, gdy staram się pomagać.

       

      "Ubranka Eli" to część serii autorstwa Szwedki Catariny Kruusval, ona też zilustrowała książeczki. W Polsce wydały je Zakamarki. Na pewno dokupimy kolejne "odcinki" przygód Eli i Wam też je polecamy!

      Za książeczkę trzeba zapłacić ok. 13 zł, tacy szczęściarze jak O. i jego mama otrzymali ją w prezencie od Babci :*.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      czerwiec_2012
      Czas publikacji:
      czwartek, 31 października 2013 13:07
  • poniedziałek, 28 października 2013
    • Przygoda z laktatorem, czyli o Medeli Mini Electric

      O. jest już całkiem duży - skończył 16 miesięcy, pięknie chodzi, zaczyna mówić, coraz częściej pokazuje, ze ma własne zdanie... Nie jest już dzidziusiem, maminym bobaskiem, a chłopcem z krwi i kości. Jakiś czas temu zamknęliśmy etap karmienia piersią - O. przestał pić moje mleko, ukończywszy 13 miesięcy.

       

      Od początku nasza piersiowa przygoda okupiona była łzami - i jego, i moimi. Miałam mało pokarmu, a O. był leniuszkiem, który lubił sobie spać przy cycu, ale ssanie go szybko męczyło. W efekcie już w 3. tygodniu życia zaczął dostawać dodatkowo mieszankę. Ja walczyłam wciąż o laktację, karmiąc właściwie bez ustanku, dodatkowo maltretując się laktatorem. Taka zabawa trwała do 9. miesiąca życia O., potem po prostu zrezygnowałam z tej batalii, karmiąc tyle, ile się dało, a w razie głodu (czyli właściwie zawsze), podając bez wyrzutów sumienia butelkę.

       

      Ale wracając do meritum, czyli laktatora. Początkowo dysponowałam ręcznym laktatorem Tommee Tippee. Naiwnie sądziłam, że posłuży mi do ściągania nadmiaru pokarmu. Gdy jednak okazało się, że ściągać muszę po każdym karmieniu przez ok. pół godziny (metodą 77 55 33), postanowiłam ułatwić sobie życie i kupić elektryczną maszynkę. Wybór padł na Medelę, o której przeczytałam mnóstwo dobrych opinii. 

       

       

      W zestawie dostałam silniczek pompki z lejkiem, zaworkiem (plus jeden zapasowy), butelkę Medela, podstawkę oraz zasilacz (że o pakiecie makulatury nie wspomnę).

       

      Medela Mini Electric i plusy

       

      Dlaczego postanowiłam wymienić mój całkiem dobry laktator na inny? Używanie ręcznego wymaga korzystania z obydwu rąk - jedna trzyma ustrojstwo przy piersi, druga pompuje. Jeśli człowiek ma tylko kilka razy nacisnąć, by troszkę pobudzić laktację czy ściągnąć niewielki nadmiar mleka, to ok, można wytrzymać. Ale jeśli jest przypięty do laktatora przez jakieś 8 godzin dziennie, to już zaczyna być niekomfortowo.

       

      Jak pisałam, ja musiałam po każdym karmieniu przystawić się na pół godziny - karmiłam mniej więcej co godzinę, półtorej, więc spędzałam dosłownie pół dnia wydając mleko! Medela pozwalała mi uwolnić jedną rękę, miałam więc opcję a) poczytania b) posurfowania w necie c) umycia zębów/umalowania się, a nawet zrobienia sobie kanapki. 

       

       

      Bardzo odpowiadała mi też zmienna siła ssania - dość duża skala i płynne zmienianie znacząco wpływają na komfort używania. Początkowo ściąganie było bolesne, więc korzystałam z najmniejszej mocy, po kilku minutach było już lepiej, więc ją zwiększałam.

       

      Wielką zaletą jest opcja używania laktatora bez kabla - działa na baterie. Dzięki temu mogłam sobie wędrować po domu, coś posprzątać, podejść do domofonu czy cokolwiek innego. Medela ma też opcję dla naprawdę zabieganych mam:

       

      Ja na szczęście nie musiałam się uciekać do tak ekstremalnego rozwiązania, zresztą Medela Mini Electric nie ma przewodów prowadzących do silnika pompki, a silnik jest przyczepiony dla butelki, jest zatem dość ciężki i chyba bez podtrzymywania rekami obciążałby boleśnie i tak nadwerężona pierś.

       

      Plusem jest też łatwe mycie - całość rozmontowuje się i każdy z elementów można starannie wyszorować, wyparzyć itp. Co istotne, elementy laktatora można dokupić, np. dopasować muszlę do rozmiaru piersi (choćby w niektórych sklepach Mothercare czy Smyk).

       

      O. jadał ściągnięte mleko w butli Medeli ze smoczkiem Calma. Ma on imitować kobieca pierś i sprawiać, że dziecko nie przestawi się na butlę - z której pije się znacznie łatwiej. Trudno mi tu oceniać, ale O. do końca karmienia nie stawiał butli ponad cycusiem;), więc chyba zadziałało!

      Smoczek wygląda tak:

       

      Medela Mini Electric Mini i minusy

       

      Jedynym właściwie minusem jest hałas - Mini Electric huczy jak mały traktorek! Nie ma opcji ściągania pokarmu przy śpiącym dziecku, w nocy trzeba się chować w jakimś zacisznym miejscu, a ściąganie w łazience np. w biurze na pewno zwróci uwagę... Znacznie ciszej pracuje wyższy model Medela Swing, jest jednak droższy (ok. 500 zł). 

       

      Za Electric Mini zapłaciłam 339 zł, jednak był to zakup szybki, w Smyku, gdzie, jak wiadomo, wszystko jest droższe niż normalnie;). W Internecie można go dostać już za 250 zł.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Przygoda z laktatorem, czyli o Medeli Mini Electric”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      czerwiec_2012
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 października 2013 12:14
  • sobota, 12 października 2013
    • Mamaocenia na Zaradnematki.com

      Od tygodnia niemal mój blog jest blogiem tygodnia na Zaradnematki.com. Dodatkowo na profilu fanowskim Zaradnych jest konkurs, w którym można wygrać maliniaka - dowolnego:) Link do konkursu KLIK. Wystarczy dokończyć rymowankę "Moje dziecko, moje wybory...":)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      czerwiec_2012
      Czas publikacji:
      sobota, 12 października 2013 21:57
    • Jestem, tylko gdzie indziej

      Lista blogowych tematów ostatnio tylko mi się wydłuża, a nic z niej nie ubywa. Mam jednak wytłumaczenie: Malinowe Pole:)

       

      Przyszła wreszcie dostawa nowej kolekcji, musiałam zrobić jej zdjęcia (a modela mam kapryśnego), do tego otworzyłam sklepik w DaWanda i wszystko w minionym tygodniu kręciło się wokół tych wydarzeń.

       

      Nie mogę obiecać poprawy, bo nie wiem, co mi przyniosą najbliższe dni, ale mogę solennie przyrzec, że podejmę starania, by jednak bloga nie zaniedbywać;)

       

      Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawicie "lajka" na malinowym profilu na FB i jeśli znajdziecie chwilę, by odwiedzić sklepik Malinowego Pola na DaWanda:) Na zachętę powiem, że są w nim zdjęcia mojego ukochanego, najpiękniejszego, najcudowniejszego modela, czyli O.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      czerwiec_2012
      Czas publikacji:
      sobota, 12 października 2013 21:50
  • środa, 09 października 2013
    • Polarino, my friend

      Mamy za sobą pierwsze przejażdżki z polarino. Jak wspominałam w jednym z wpisów, jest to alternatywa dla kocyka - okrycie z polaru, w którym można wygodnie pociechę zapiąć, nie krępując przy tym jego ruchów, i równie wygodnie wypiąć - wystarczy rozsunąć zamek błyskawiczny i witaj, wolności!

       

       

      Budową polarino przypomina pelerynkę: ma otwór na głowę i "rękawy". Za pomocą pasów przypina się je do wózka niczym śpiwór (ma zestaw wycięć). Gdy wieje i jest zimno, dziecko można zapiąć pod szyję. Rączki są wolne, ale klatka piersiowa i szyjka pozostają pod przykryciem.

       

       

      Suwaki po bokach rozpinają się na całej długości. Można w ten sposób zapewnić dodatkową wentylację lub ułatwić wyjmowanie dziecka. Mają jeszcze jedną funkcję: gdy je rozepniemy, polarino zmienia się w koc - można je w ciepły dzień rzucić na trawkę czy ławkę i posiedzieć:)

       

      Z tyłu wszyto gumkę, którą zakłada się na oparcie i całość solidnie się trzyma. 

       

       

      Otwory na pasy ustawiono tak, że pasować będą do większości spacerówek-parasolek (pod taki wózek tworzony był prototyp), choć może nie superidealnie (u nas nie pasują superidealnie, ale wystarczająco;)), ale tak to już jest z produktami niededykowanymi dla konkretnego modelu.

       

       

      Dla mam ruchliwych dzieci polarino będzie zbawieniem. W naszym przypadku kwestią jest nie tylko wyplątywanie O. z koca co trzy minuty (bo chce pochodzić, zobaczyć, przytulić się, właśnie wtarł sobie we wszystko, do czego sięgnął, bułkę/chrupkę/jabłuszko), ale także to, że mój syn ma ubaw z wyrzucania koca z wózka. Mam czasem wrażenie, że czeka, aż będziemy mijć kałużę czy jakieś niezidentyfikowane maziste syfy na chodniku, i celnie ciska nim prosto w największy brud. Nasz stan posiadania obejmuje - szczerze i serio - osiem kocyków różnej grubości, w większości z polaru (najszybciej schnie;)...). Inaczej musiałabym prać codziennie.

       

       

      Moje dziecko jest już chodzące, dlatego lekki jesienny śpiwór nie jest u nas idealnym rozwiązaniem - błoto w przeciwieństwie do śniegu nie daje się łatwo otrzepać, no i brudzi. Polarino nie jest zapinane od dołu, więc brudne buty sobie wystają i wszyscy zadowoleni.

       

      Nasz Emma jest dużym wózkiem i śpiwór spokojnie się do niej mieści - na pewno więc nie zrezygnuję z tego gadżetu na zimę. Jednak Cam Micro, którym jeździmy jak drugim wózkiem, jest niewielki, ma krótkie oparcie i stosunkowo wąskie siedzisko. Nie spędzamy w nim długich godzin, ale zmarznąć można - nie bardzo widzę, jak miałabym tam wpiąć klasyczny zimowy śpiwór. A polarino jest małe i miękkie, zmieści się nawet do mikrowózka.

       

      W polarino zapinam synka i mam pewność, że:

      a) nie rozkryje się i nie zmarznie, ale nie będzie zakutany jak w kokonie (tak robiłam dotychczas z kocem - na sztywno. Byłam głucha na protesty, ale zaczął mówić w takich chwilach smutno "mamu, mamu", co oznacza "mamusiu"...)

      b) nie uda mu się ubabrać polaru błotem, wkręcić w koła, zgubić, gdy matka akurat się zagapi/zagada i nie zauważy lotu koca w krzaki czy do rowu.

       

       

      Polarino jest polskim produktem. Jego autorką, a właściwie kreatorką - bo jest opatentowane i uznane oficjalnie za produkt innowacyjny - jest pani Kamila Zagórowska, mama czworga dzieci. Jak mi powiedziała, w tym przypadku potrzeba byłą matką wynalazku - jej córa jak mój O. doskonaliła się w sztuce wywalania koca z wózka, a pani Kamila, w ciąży, po prostu nie miała już siły i nerwów się ciągle schylać. Pierwsze polarino uszyła dla siebie, a kolejne to już zamówienia dla zachwyconych mam i babć. 

       

      Rękawek Polarino

       

      Obecnie w sprzedaży jest kilka rodzajów okryć (można zobaczyć na stronie WWW), w tym megaciepłe zimowe (przetestujemy, jak tylko będą mrozy!), wszystkie uszyte są z miękkiego polaru o różnych gramaturach oraz z ciepłej pikówki, zobaczyć je można TUTAJ. Ponieważ polarino wciąż jest prototypem, pani Kamila będzie je udoskonalać, wprowadzać udogodnienia, a także nowe wzory i kolory. 

       

      KLIK. Koszt cieplejszej wersji, jakiej używamy, to 99 zł. Oprócz tego modelu pani Kamila pożyczyła nam też polarino Deluxe, z kocyka - baaaaardzo ciepłe, więc potestujemy, jak zaczną się mrozy.

       

      W tym miejscy chciałabym zachęcić Was do wzięcia udziału w ankiecie dotyczącej wymarzonego koloru polarino. To na pewno ułatwi pani Kamili tworzenie nowej kolekcji:). Pomożecie?



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      czerwiec_2012
      Czas publikacji:
      środa, 09 października 2013 10:59
  • poniedziałek, 07 października 2013
    • Pani Helenka Złotoręka, czyli o materacykach szytych na miarę

      Moja Emmaljunga jest najfajniejszym wózkiem ever, a do tego jest moim zdaniem bardzo ładna - mamy grafitowoszarą z kwiatowymi wstawkami (taki "kanapowy" materiał). Jednak chciałam ją nieco ożywić. Na forum Wózkomanii znalazłam kontakt do Pani Helenki, która szyje materacyki na wymiar - trzeba podać model (te standardowe ma pomierzone) i ewentualnie przesłać wymiary, wybrać sobie materiał (dowolny!) na każdą ze stron i nieco poczekać. 

       

       

      Ja zamówiłam do naszego Scootera materacyk z jednej strony w czerwone kropki, a z drugiej w samochodziki na szarym tle. 

       

       

       

      Jeśli chodzi o jakość, to jest po prostu na 6. Materacyk jest miękki, dość zbity, wypełnienie nie przesuwa się. Pani Helenka szyje swoje materacyki naprawdę starannie - wszystkie otworki na pasy są obrobione dokładnie i równo, brzegi zszyte jak od linijki - lubię to!

       

       

      Z boków są tasiemki, którymi można przytroczyć materacyk do pasów, ale u nas nie jest to konieczne - ponieważ nie używamy naramienników, użyłam ich do przyczepienia materacyka na górze - dzięki temu jest stabilnie i wygodnie, bo pasy nie przeszkadzają.

       

       

      Jedną z największych zalet materacyków (i w ogóle tego typu wkładek) jest to, że można je uprać i że chronią tapicerkę wózka przed ubrudzeniem. Ja naszą musiałam już prać nie raz i nie dwa. Po pierwszym praniu trochę się pozwijała (wrzuciłam do pralki), więc musiałam ją trochę porozciągać i poukładać podczas suszenia. Drugie pranie zafundowałam jej ręczne i nie musiałam już tego robić.

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      czerwiec_2012
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 07 października 2013 10:31
  • czwartek, 03 października 2013
    • W temacie wózkowym - POLARINO

      Gadżety wózkowe są jednymi z moich bardziej ulubionych (najbardziej kocham jedzeniowe). Przy wyborze kieruję się oczywiście urodą (np. materacyk od Pani Helenki), ale także względami czysto praktycznymi (np. materacyk od Pani Helenki;)).

       

      Teraz z racji pory roku szukam czegoś do okrycia O. w wózku. Nie chcę pakować go jeszcze w śpiwór, nie tylko dlatego, że na razie (na szczęście) jest za ciepło, ale także z powodu jego mobilności - musiałabym go wypinać i wpinać co jakieś 10 minut, czyścić mu co chwila buty (a najlepiej zdejmować i na powrót zakładać, gdy zapragnie trzy minuty podreptać...), a po powrocie prać śpiwór, bo i tak zawsze trafi do niego jakiś kawał błocka/piachu.

       

      W poszukiwaniu idealnego rozwiązania przeglądałam ostatnio Allegro i trafiłam na coś, co po prostu muszę mieć (i będę miała już jutro!!!): osłonkę Polarino.

      Wygląda tak (zdjęcie "ukradłam" ze strony WWW):

      Jest to taki kocyk o funkcji śpiwora, można w nim dziecko zapiąć, nogi mogą sobie troszkę wystawać, rączkami można machać bez obawy, że okrycie (znów) wyląduje w błocie, właśnie to, czego mi trzeba. Poszperałam w necie i okazało się, że osłonka Polarino ma jeszcze jedną cechę, która jest dla mnie bardzo ważna: jest szyta w Polsce. 

      Weekend zapowiada się więc testowo, będę się zmagała z nowym wózkiem oraz z Polarino. Uwielbiam takie weekendy, nie mogę się doczekać!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      czerwiec_2012
      Czas publikacji:
      czwartek, 03 października 2013 23:11
  • wtorek, 01 października 2013
    • Mama wózkomaniaczka będzie mieć Cam Micro:)

      O. woził pupkę już czterema wózkami. Zaraz dojdzie nam piąty!

       

      Zaczęliśmy od Teutonii Y2K/2, którą dostaliśmy po córeczce kuzynki męża kuzynki;). Wózek rewelacyjny (jeździ nim teraz bratanica taty O., dwuipółlatka), jednak mały O. nie znosił spacerów, co wówczas składaliśmy na karb tego, że nie pasuje mu opcja jeżdżenia twarzą do świata, a nie do mamusi (naiwni, myśleliśmy, że dzieci z zasady lubią jazdę wózkiem...).

       

       

      Przepraszam za jakość zdjęcia - to były czasy przedblogowe i zdjęcia robiliśmy tylko na pamiątkę;)

       

      Skoro zaś Teutonia się nie sprawdziła, poszperałam, poczytałam i w nasze progi zawitał X-lander XA (gondola plus spacerówka) - koszt używanego kompletu wyniósł nas 500 zł. 

       

       

       

      Gondola nie podobała się niestety naszemu dziecku (to wtedy kupiliśmy nosidło ergonomiczne Tula) - nawet gdy spreparowałam specjalną poduszkę-klin, by więcej widziało (XA nie ma podnoszonego dna). Jeszcze zimą więc przesiedliśmy się do spacerówki rozłożonej na prawie płasko.

       

      Spacerówka XA ma "sportowe" siedzenie (dziecko nie siedzi całkiem prosto), co O. przyjmował ze zniecierpliwieniem. Nie będę rozwodzić się nad zaletami wózka, bo to najpopularniejszy chyba model w naszym pięknym kraju nad Wisłą - zasłużył sobie na to relacją jakości do ceny. Dość, że ja go lubiłam, prowadził się dobrze, z minusów - strasznie jest szerokie bydlę. Jednak to, że spacery były koszmarem, pchnęło mnie do dalszych poszukiwań.

       

      Latem O. śmigał już Emmaljungą Scooter. Szwedzki cud techniki;), uwielbiam ten wózek, spacery przestały być pasmem wrzasku, skończyło się wyrywanie pasów, wychylanie z piskiem... Za używkę trzeba zapłacić ok. 400-500 zł (ja tyle dałam, choć bez akcesoriów w postaci śpiwora i osłonki na nogi - tak bardzo spodobał mi się kolor tapicerki i kwieciste wstawki). 

       

       

      Emma sprawdza się bombowo, a mieszkamy w lesie, więc dostaje czasem ostro w kość (w stelaż?). Jednak jej waga - ok. 14 kg - jest sporym utrudnieniem, gdy trzeba ją wtaszczyć razem z ważącym 12 kg O. w środku do żłobka (po schodach, a jak...). Dlatego postanowiłam poszukać parasolki.

       

      Wybór padł na Mamas & Papas Pipi - no tak cudnego wózka dawno nie widziałam!

       

       

      Przyjechał przed kilkoma dniami, niestety... nie podoba mi się na żywo. Nie pasuje mi, jak się prowadzi, do tego ma bardzo wąskie siedzenie (mea culpa, nie sprawdziłam...) i O. w kombinezonie będzie miał ciasno. Sam użytkownik zadowolony z tego typu podwieźdupki, bo siedzi niczym na dziobie statku i wszystko widzi, a do tego skrętne kółka pozwalają na prawdziwe piruety.

       

      Pipi wraca zatem do sklepu, a my czekamy na piątą już karocę małego panicza, o taką:

      To pierwszy nowy wózek w naszej kolekcji. Zdecydowałam się na tę opcję tylko dlatego, że kosztuje 220 zł (w promocji, normalnie kilkadziesiąt złotych więcej). Bardzo jestem ciekawa, jak nam się sprawdzi!

       

      PS. najwięcej rzetelnych informacji o wózkach znajdziecie na forum Wózkomanii, o tutaj.

      PS.2. O torbie Skip-hop Dash Deluxe widocznej na rączce Emmy pisałam tutaj.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      czerwiec_2012
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 października 2013 18:53

Wyszukiwarka

Autorzy

Kanał informacyjny

Malinowe Pole on DaWanda.pl