Młoda mama w gąszczu produktów dla dzieci

Wpisy

  • czwartek, 28 sierpnia 2014
    • Wyprawka wrześniowa nie tylko do szkoły

      Moje dziecko liczy sobie dwie wiosenki, zatem szkoła to mglista przyszłość. Od roku śmiga jednak do żłobka, a nowy rok "szkolny" powita już w starszej grupie, choć nadal żłobkowej.

       

      Wyprawka jednak dotyczy także nas, żłobkowiczów. Jest może mniej obszerna niż taka dla pierwszaka, ale nie mniej ważna!

       

      Kapcie

       

      To bardzo, bardzo ważny element wyprawki malucha. Pamiętajmy, że to w tych butkach dziecko bedzie spędzało znaczną część dnia! Dlatego to muszą być naprawdę przyzwoite buty, lekkie, żeby stópka się nie pociła, wygodne i w miarę możliwości łatwe w zakładaniu (żłobkowicze otrzymają oczywiście pomoc cioć, ale większe dzieci często są zachęcane do samodzielności i na pewno frustracja ewentualnymi niepowodzeniami będzie krótsza, jeśli buty będą na rzepy).

       

      O. nie musi nosić obuwia ortopedycznego, na szczęście. Pierwszy rok w żłobku prześmigał w nieocenionych paputkach (pisałam o nich TU oraz TU). W tym roku wiosną zaopatrzyłam go w sandałki Befado.

       

      Zalety? Mają znak Zdrowa Stopa, usztywniony zapiętek i solidne rzepy oraz są w całkiem fajnej cenie (płaciłam ok. 45 zł). Co ważne dla nas, są polskie.

      Wadą jest to, że nie bardzo mi się podobają, choć wybór kolorów jest spory...

       

      A jeśli dzieco musi nosić butki ortopedyczne? Tu także wybór jest spory, także wsród polskich marek, niestety ceny są już znacznie wyższe.

      Żółto-niebieskie Gucie to koszt 167 zł, niebieskie aurelki kosztują 190 zł,  a brązowe butki Mrugała - 145 zł.

       

      Kubek-niekapek

       

      W naszym żłobku maluchy mają własne kubeczki. Pozwala to nie tylko na zachowanie higieny - nie jest łatwo zdublować niekapek przy takim wyborze na rynku! - ale daje także dziecku poczucie, że ma przy sobie coś własnego, coś z domu.

       

      O. korzysta w żłobku z kubeczka Lovi 360o (oceniałam go tutaj). Dlaczego akurat ten? Wybrałam go, bo ma wymienna uszczelkę - łatwo dostępną, oczywiście. O. korzysta z kubeczka już rok, zatem wymiana była konieczna nie raz. Dzięki częściom zamiennym wydłużyłam zywotność naszego ukochanego kubka, a do tego nie musielismy go wymieniać na inny (nie wiem, jak Wasze dzieci, ale moje nie nabiera się na "takie same" odpowiedniki!).

       

      Warto także pomyśleć o tym, że ciocie mają pod opieką kilkoro dzieci (u nas na jedną przypada szóstka), zatem będzie im łatwiej, jeśli kubeczek będzie zamykany (np. jak upadnie, to się nie pobrudzi), najlepiej, żeby zatyczka była na stałe przyczepiona na wieczka, jak na przykład w Tommee Tippee Explora (testowałam tu) lub jakimś fajnym bidonie.

       

      Mój wybór wygladałby mniej więcej tak:

      • - czerwony kubek to Nuby (ok. 20 zł)
      • - niebieski bidon niekapek z pstryczkiem Tommee Tippee (24,50 zł w malinowym - sklepie)
      • - kubek Łyczek Tommee Tippee to ostatnio nasz hit, gdyż O. posiadł już cenną sztukę picia z kubka otwartego i wszelkie dziubki odsuwa z obrzydzeniem
      • - nasz najsatrszy i najdłużej nam służący Tomme Tippee Explora (19,90 zł w malinowym sklepie)

       

       Worko-plecaczek

      Jeśli jako mamy żłobkowiczów i wczesnych przedszkolaków sądzicie, że na plecak za wcześnie, mylicie się;) Otóż dziecko może potrzebować przynajmniej dwóch zmian odzieży (ilość wzrasta w okolicach odpieluchowania...), a do tego gromadzić w żłobku niezliczoną ilość zabawek, które jakims cudem zawsze przemyci, potem zapomni i w piątek otrzymacie od cioć pokaźnej wielkości stosik do zabrania. Plecak czy worek sprawdzi się idealnie.

      Dodatkowo mały czlowiek z plecaczkiem czuje się bardzo ważny i dorosły, co najmniej jak starsze rodzeństwo! Oczywiście wybór plecaków i worków jest baaardzo duży, ja mam jednak kilka hitów:)

      1. 1. worek-plecak Muffinki z Mad Cat Shop (16,90 zł)
      2. 2. Les Deglingos plecak-lis (110 zł)
      3. 3. plecak Little Life Animal Pack (ok. 100 -110 zł)
      4. 4. plecak Skip-Hop - nie miałam go w rekach, ale jakośc innych produktów marki, z którymi sie zetknełam, mnie przekonuje. Poza tym jest po prostu śliczny! Cena: wg Ceneo od 76 zł
      5. 5. nieprzemakalny worek Mon Chat Bleu (ok. 40 zł)

      Własna pościel

      W naszym żłobku dzieci mają mieć koce powleczone poscielą - takie dorosłe. Ale w niektórych placówkach ciocie nie mają wymagań co do pościeli i można pozwolić sobie na spiwór. Sądzę, że fajnie by się w nim spało:)

      1. 1. Śpiwór Stephen Joseph (159 zł tutaj)
      2. 2. Śpiwór przedszkola Motherhood (149 zł, niektóre wzory są teraz w promocji)
      3. 3. Śpiwór Liliputiens (436 zł - serio, nie postawiłam źle przecinka;))

      Ja pewnie wybrałabym Motherhood - bardzo lubię te firmę, oczywiście polską;), mamy sporo akcesoriów, które świetnie się sprawdziły. Absolutnie nie kupiłabym śpiwora za prawie 500 zł, bo tyle to mogłabym wydać na prawdziwą mumie do spania pod namiotem, z membrabami, wypełnieniami hi-tech i innymi bajerami - ale popatrzeć sobie można;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Wyprawka wrześniowa nie tylko do szkoły”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      czerwiec_2012
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 sierpnia 2014 15:07
  • czwartek, 10 lipca 2014
    • Od zasikanego pampka do homo bezpieluchus - czyli "Nocnik nad nocnikami" Alony Frankel i inne sprawy

      Odpieluchowanie to sprawa kontrowersyjna. Opinie wahają się od "Sadzaj od 6. miesiąca" po "trzylatek w pieluszce? OK!", a i tak możemy sobie wszystkie uradzać, opisywać i ustalać - jak przyjdzie co do czego, dziecko się odpieluchuje po swojemu;). 

      Planowałam zacząć odpieluchowywać O. około 2. urodzin - 3 czerwca skończył 2 latka, więc wcześniej, jeszcze zimą, rozpoczęłam proces odpieluchowania mentalnego. Czyli książkę o nocniku kupiłam.

      Stałam strasznie długo przy empikowej półce, bo wybór całkiem tu spory, ale żadna z książeczek nie przemówiła do mnie tak jak "Nocnik nad nocnikami" Alony Frankel - w wersji dla chłopca, bo jest też dziewczęca.

       

       

      Bohaterem jest mały chłopiec, Bolek, i jego mamusia. Bardzo podoba mi się już sam początek opowiastki:

       

       

      W dalszej części Bolek zmaga się z nocnikiem, z sukcesem oczywiście. 

       

       

      Rysunki bardzo mi się podobają - są proste, nieprzesłodzone, w stylu, który lubię. Książeczka jest ślicznie wydana, w twardej oprawie, a na stronie tytułowej przewidziano miejsce na wpisanie imienia dziecka: "Tę książeczkę napisałam dla...". Fajny zabieg:)

       

      Sama historyjka też wydaje mi się sensownie dobrana do wieku malca - najpierw dziecko dowiaduje się, że i Bolek siusiał do pieluszki, zanim zasiadł na nocniku. Że Bolkowi nie od razu się udało. Że teraz, gdy już umie, Bolek woli robić siusiu i kupkę do nocnika.

       

      Nocnik stał u nas w domu odkąd O. skończył rok, więc jako przedmiot był już zaakceptowany. Gdy zrobiło się ciepło, zakomunikowałam synowi, iż czas siusiać do nocniczka. Efekt? 7 par zasikanych majtek. Około 30 plam moczu na podłodze, około 15 na kanapie, kilka na dywanie. Jedno przesikane łóżko. Jedne przesikane sandały. Sporo łez. Oraz... suchusieńki nocniczek.

       

      Nie zraziło nas (mnie) to jednak i następnego dnia... było tak samo. I następnego. O. w tym samym czasie głośno informował, iz właśnie siusia w pieluchę, właśnie nasiusiał na podłogę, robi kupę ("mama, duża idzie!"). A na nocnik? Stanowcze NIE (NEEEEE!).

       

      Przełom nastąpił w trakcie choroby O., niestety wylądowaliśmy na kilka dni w szpitalu - a tam był taki fajny minikibelek, akurat dla dwulatka! Po powrocie do domu sikanie gdzie indziej niż pod siebie było oswojone. Pierwsze próby skończyły się oczywiście szorowaniem połowy chałupy i praniem gaci w rozmiarze 92 jakies 15 razy dziennie, ale po dwóch, trzech dniach siknięcia nie zdarzały się prawie wcale.

       

      Po około tygodniu w majteczkach zdecydowałam się na pierwszy odpieluchowany spacer i pierwsze siusiu pod krzaczkiem. Z sukcesem, więc odtrabiłam to wszem i wobec, zjedliśmy lody i w ogóle żesmy poświętowali.

       

      Problemem nadal jst "number 2" - O. za żadne skarby świata nie chce zrealizować potrzeby na tronie. Uparcie trzyma, aż założymy pieluchę! Nie wiem, skąd ten lęk - raz zrobił na nocnik, ale na stojąco, z płaczem, mocno przytulony do mamy (tak, warunki matkowania nie zawsze są jak z reklamy...). 

       

      Bez pieluchy jesteśmy już dwa tygodnie z groszem. Od poniedziałku O. wrócił do żłobka po 7 tygodniach chorowania i niestety jak na razie z każdym dniem zalicza więcej majtkowych wpadek. Może stres? Nie wiem. W każdym razie do pieluch nie wrócimy na pewno, będziemy walczyć;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      czerwiec_2012
      Czas publikacji:
      czwartek, 10 lipca 2014 14:42
  • wtorek, 01 lipca 2014
    • Pierwsza sprawa po powrocie na łamy bloga - czyli bye bye, pieluszko (z Lidla)!

      Od ostatniego testowego wpisu minęło ponad pół roku. Mój syn jest już oczywiście zupełnie innym dzieckiem - nie tylko urósł bardzo, ale zaczął mówić, skakać, biegać, jeździć na rowerze, więc i gadżety nam się zmieniają. Jedną z najistotniejszych zmian jest brak pieluszki:) Tak, tak, pożegnalismy się z nią definitywnie dosłownie kilka dni temu. Zakładamy oczywiście na noc, ale już na drzemkę nie.

       

      Do odpieluchowania podchodzilismy trochę jak pies do jeża. Nie byłabym sobą, gdybym nie wymyśliła sobie planu (któego w ogóle nie zrealizowałam) i nie zaopatrzyła się w rozmaite pieluchy na tę okoliczność - pomyślałam, że zawsze suche pampersy nie pomogą w procesie i postanowiłam zachęcic O. do zrzucenia pieluszki mokrawym okładem po każdym siknięciu.

       

      A jakie pileuchy będą szybko mokre? Tanie! Poszłam więc do Lidla po Toujours. Czytałam na jakims blogu, że bywają tam nawet pieuchomajtki, ale nie udało mi się ich upolować, stanęło więc na zwykłych.

       

      Okazało się, że wcale nie są az takie mokre, jak liczyłam;), ale po siknieciu czuć już lekką wilgoć. Przypominają pampersy, jednak są takie bardziej foliowe, puchate i po zmoczeniu robią się pękate, jakby napięte. No i wiszą u samych kolan! Ich zasadniczą wada jest smrodek - normalnie trzymałam pieluchy obok łóżka O., ale Toujours musiały wywędrować metr dalej...

       

      Pierwsza paczka spełniła moje oczekiwania - że będzie troche niewygodnie, troche mokro, troche niefajnie - posłałam więc Tatę O. po kolejną.  Wrócił z paczką, owszem, Toujours, ale już innych. Mianowicie:

       

      Są to pielszki w wersji ultracienkiej (naprawdę sa cieniutkie!) , z wkładem drylock (czyli przynajmniej teoretycznie jest taki sam jaki mają wewnatrz oryginalne pampersy). Są w stanie sporo przyjąć, ale suche to one nie są. Wyglądają bardzo "majteczkowo", choć zapinają się normalnie na rzepy - to kwestia nadruków w "wierzchnie" motywy, np. kieszenie na pupie niczym w szortach. 

       

       

      O. się odpieluchował, jednak czy to załuga pieluch? Raczej nie, sukces biorę na siebie - to ja latałam ze szmatą;) i prałam kilka(naście) razy dziennie zasiusiane majtasy - ale na pewno lekki dyskomfort nam pomógł. Zaznaczę tu też, że te pileuchy nie są wyjątkowo złe, tylko po prostu można kupić lepsze w podobnej cenie, np. Bambino (mam nadzieję, że jeszcze zdołam je opisać, bo były takim moim małym odkryciem). Obecnie dokańczamy paczkę na noc - O. siusia zazwyczaj dopiero nad ranem (o czym informuje głośno i wyraźnie około 5-6 rano), więc nie leży kilka godzin w mokrym okładzie.

       

      Cena paczki lidlowych pieluch jest niewygórowana w przypadku tych zwykłych - w tej chwili dokładnie nie pamiętam, ale sztuka wychodzi za ok. 60 groszy. W przeciwieństwie do równie niedrogich Babydream (pisałam juz o nich tutaj) są jednak naprawde niezłej jakości. Natomiast ultracienka wersja wychodzi tyle samo, co za pampersa - niemal 1 zł za sztukę (a przecież w Lidlu bywają promocje i pampersy są po ok. 70-80 gr za sztukę!). Moim zadniem to jest za drogo i relacja ceny do jakości jest niekorzystna.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      czerwiec_2012
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 lipca 2014 14:32
    • Trochę wstyd, ale wracam!

      Myślami wracałam do bloga często, ale czas nie pozwalał wrócić realnie... Postanowiłam jednak się nie dać! Więc wracam!

      Mam cały stos zaległych rzeczy do opisania, szafka na nasze gadżety może nie pęka już w szwach jak niegdyś - gdy ich testowanie to było uzależnienie;) - ale nadal jest w niej duuuużo dobrego!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      czerwiec_2012
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 lipca 2014 13:32
  • środa, 27 listopada 2013
  • piątek, 22 listopada 2013
    • Klasyka z jajem

      Mamy rok tuwimowski. A każdy prawie wie, że Tuwim jest super. Jest naprawdę super, to po prostu autor wszech czasów, wybitny, władający słowem z kunsztem, którego nie sposób nie doceniać! Szczególne zasługi ma moim zdaniem w tworzeniu kanonu literatury dziecięcej. Nie mogło zabraknąć jego dzieł w biblioteczce O. 

       

      Najbardziej znane wiersze tego wyjątkowego autora wydają liczne wydawnictwa. Nie zawsze jednak poziom graficzny idzie w parze z kunsztem literackim. Dla mnie ważne jest, by O. miał książki nie tylko mądre i wydane bez błędów (głównie interpunkcyjnych, ale i wtopy ortograficzne widziałam...), ale też po prostu ładne. W poszukiwaniu takich właśnie pozycji tata O. przeszperał jedną z największych internetowych księgarni i wrócił do domu z prawdziwym trofeum: "Okularami" oraz "Słoniem Trąbalskim" w rewelacyjnym wydaniu (Aksjomat).

       

       

      Kolorowe książeczki są naprawdę miłe dla oka. Obrazki są barwne, żywe, namalowane ręcznie pastelami na grubym, fakturowym papierze i dopiero potem przeniesione na komputer (serio, serio - to nie domysły, taką informację dostałam od osoby z wydawnictwa). Są momentami trochę abstrakcyjne i bardzo dynamiczne. Oko przyciągają szczegóły: można z dzieckiem porozprawiać o tym, co znajduje się w pokoju Tomasza Trąbalskiego, kim jest tajemnicza mucha towarzysząca mu na każdej ilustracji, jakie ubranko ma na sobie jego syn Biały Ząbek albo co robi kot pana Hilarego. Widać, że nie powstały na chybcika w jakimś prostym programie graficznym, a zostały stworzone przez kogoś z artystycznym zacięciem.

       

      Mi bardzo podoba się sposób umieszczenia w książeczce treści - zobaczcie sami:

      

       

       

      Fajna jest czcionka, fajny jest pomysł umieszczenia słów nie w klasycznych "grzecznych" zwrotkach, ale w półokrągłych wersach, do tego zapisanych tekstem różnej wielkości. 

       

      W serii była jeszcze "Lokomotywa", niestety nakład się wyczerpał. Trochę liczę, że zostanie wznowiony, będę polowała;). 

       

      Jak pisałam w jednym z wcześniejszych postów, postanowiłam zrobić małą rozdawajkę w podziękowaniu, że czytacie (choć ostatnio zaniedbuję blog). Nagrodami będą własnie te dwie książeczki - sponsorem jest ich wydawca, wydawnictwo Aksjomat. By wziąć udział w konkursie, wejdźcie na fanpage Mamaocenia na FB, gdzie znajdziecie plakat i dalsze wytyczne:) oraz regulamin. Tu jest fanpage wydawnictwa.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Klasyka z jajem”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      czerwiec_2012
      Czas publikacji:
      piątek, 22 listopada 2013 13:15
  • czwartek, 21 listopada 2013
    • Przysmaki zabezpieczone (miały być...)

      O. jest małym żarłokiem. Lubi podjadać, więc zazwyczaj w zabawie towarzyszę mu nie tylko ja, ale i miseczka przysmaków. Mój syn ma nie tylko dobry apetyt, ale także własne zdanie na wiele tematów, na przykład gdzie owa miseczka powinna stać. Efekt? Jabłko na dywanie, banan w kanapie, chrupki... wszędzie. Chciałam zapobiec dodatkowemu bałaganowi (z naciskiem na "dodatkowego") i zaopatrzyłam się w specjalne naczynie, które w teorii ma być remedium na mój problem.

       

      Ponieważ jestem z natury oszczędna, zaczęłam poszukiwania od porównywania cen tego typu sprzętów (efekt jest taki, że oprócz zakupu miseczki w rozsądnej cenie mam nowe pozycje na mojej liście "Bardzo to chcę, choć mam już tego milion"...). Udało mi się znaleźć jedną w rozsądnej cenie (moja), jedną w akceptowalnej (Munchkin, ok. 25 zł)i jedną w cenie, na którą zareagowałam kpiącym uśmiechem (Brother Max Garnuszek na przysmaki Easy Hold, ok. 50 zł).

       

      Anyway, stałam się posiadaczką pojemnika Nuby:

       

       

      Najpierw krótka charakterystyka. Plastikowy, niewielki pojemnik z rączkami (ogumowanymi), antypoślizgowym dnem oraz miękka silikonową pokrywką z nacięciami - to w skrócie miseczka na przekąski Nuby.

       

       

      Uszy mają ułatwiać młodemu człowiekowi trzymanie (słusznie), a pokrywka ma sprawić, że przysmaki nie wypadną, a jednak będą dostępne dla głodnego (nie bardzo...). O., choć ma bardzo sprytne paluszki, nie radził sobie z wydobywaniem kawałków jabłka czy chrupek. Złościł się przy tym, rzucał pojemnikiem (na plus należy oddać, że nie zniszczył się). Silikon jest wystarczająco miękki, jednak "płatki" są tak długie, że nie sposób niczego spod nich wydłubać - gdy ręka jest wewnątrz, one zasłaniają zawartość i nie da się nic wyjąć.

       

       

      Nie jestem pewna, czy to wada tego modelu, czy generalnie pomysł jest trochę chybiony. Ja nie mam wielkiej ochoty na zakup kolejnej takiej miseczki.

       

      Nam Nuby nie służy zatem do podawania przekąsek, używamy jej po prostu jako miseczki. Sprawdza się jej antypoślizgowe dno - rzeczywiście dobrze trzyma się powierzchni. Pokrywka zaś leży sobie wysoko w szafce i czeka na swój czas. Może zrobimy z niej niebawem jakieś dzieło sztuki albo coś w tym stylu;)

       

      Za miseczkę zapłaciłam 10,80 zł, kupiłam ją w sklepie Fasolkowo-ami.pl, i tylko tam ją widziałam, ale może nie szukałam wystarczająco starannie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      czerwiec_2012
      Czas publikacji:
      czwartek, 21 listopada 2013 14:00
  • czwartek, 07 listopada 2013
    • Będzie konkursik:)

      Widzę u blogowych koleżanek rozdawajki i konkursy i postanowiłam zorganizować coś takiego na Mamaocenia:) Nie będę zdradzać zbyt wiele, ale w weekend obiecuje uchylić rąbka tajemnicy. Póki co  rozśmieszacz z innej beczki, ja się ubawiłam bardzobardzo, szczególnie że wszelkie "muuu", "miau" i "kum-kum" są u nas na czasie!

      

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      czerwiec_2012
      Czas publikacji:
      czwartek, 07 listopada 2013 13:53
  • czwartek, 31 października 2013
    • Zakamarki naszej biblioteczki - Ela

       

      Pisałam już kiedyś, że u nas się czyta i chcemy, by O. także cenił literaturę. Staramy się świecić przykładem;), choć zazwyczaj czytamy, gdy dziecko już śpi - inaczej się nie da - oraz zapełniać systematycznie jego dziecięcą biblioteczkę.

       

      Na razie nie jest imponująca, zawiera klasykę ("Słonia Trąbalskiego", "Lokomotywę" i tym podobne), ale ostatnio wzbogaciła się o pozycję, która zdetronizowała dotychczas ukochane "Na wyspach Bergamutach" i "Kwokę". 

       

       

      "Ubranka Eli" (wyd. Zakamarki) to przykład typowo skandynawskiej stylistyki - rysunki są mało "disenyowskie" (choć ja akurat lubię także takie), kolory raczej wypłowiałe, a tło po prostu białe. Tekstu też nie ma za wiele i nie jest wierszowany (a podobno takie dzieci lubią najbardziej). Mimo to Ela jest wałkowana codziennie po kilka razy (a czasem kilkanaście, raz po razie - widać nawet te efekty zaczytania na ostatnim zdjęciu).

       

       

      Urok książeczki tkwi w tym, że rewelacyjnie trafia w sedno dziecięcych zabaw: otóż Ela zdejmuje z siebie kolejne sztuki odzieży, ubiera w nie swoje zabawki i domowe zwierzaki, a potem w samych majtkach i kapeluszu dziadka zasiada w tym towarzystwie z szerokim uśmiechem. 

       

       

      Do złudzenia przypomina mi to niektóre zabawy mojego syna - potrafi przenosić po jednej sztuce zabawki, by ze stworzonej w ten sposób kupki wyjąć jakąś rzecz i gdzieś zanieść, przenieść, usadzić inaczej. Albo przekładać książeczki w sobie tylko znanym celu, ale za to w jakimiś dziwnym i skomplikowanym systemie. Wykonuje te czynności z dużym skupieniem i złości się, gdy staram się pomagać.

       

      "Ubranka Eli" to część serii autorstwa Szwedki Catariny Kruusval, ona też zilustrowała książeczki. W Polsce wydały je Zakamarki. Na pewno dokupimy kolejne "odcinki" przygód Eli i Wam też je polecamy!

      Za książeczkę trzeba zapłacić ok. 13 zł, tacy szczęściarze jak O. i jego mama otrzymali ją w prezencie od Babci :*.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      czerwiec_2012
      Czas publikacji:
      czwartek, 31 października 2013 13:07
  • poniedziałek, 28 października 2013
    • Przygoda z laktatorem, czyli o Medeli Mini Electric

      O. jest już całkiem duży - skończył 16 miesięcy, pięknie chodzi, zaczyna mówić, coraz częściej pokazuje, ze ma własne zdanie... Nie jest już dzidziusiem, maminym bobaskiem, a chłopcem z krwi i kości. Jakiś czas temu zamknęliśmy etap karmienia piersią - O. przestał pić moje mleko, ukończywszy 13 miesięcy.

       

      Od początku nasza piersiowa przygoda okupiona była łzami - i jego, i moimi. Miałam mało pokarmu, a O. był leniuszkiem, który lubił sobie spać przy cycu, ale ssanie go szybko męczyło. W efekcie już w 3. tygodniu życia zaczął dostawać dodatkowo mieszankę. Ja walczyłam wciąż o laktację, karmiąc właściwie bez ustanku, dodatkowo maltretując się laktatorem. Taka zabawa trwała do 9. miesiąca życia O., potem po prostu zrezygnowałam z tej batalii, karmiąc tyle, ile się dało, a w razie głodu (czyli właściwie zawsze), podając bez wyrzutów sumienia butelkę.

       

      Ale wracając do meritum, czyli laktatora. Początkowo dysponowałam ręcznym laktatorem Tommee Tippee. Naiwnie sądziłam, że posłuży mi do ściągania nadmiaru pokarmu. Gdy jednak okazało się, że ściągać muszę po każdym karmieniu przez ok. pół godziny (metodą 77 55 33), postanowiłam ułatwić sobie życie i kupić elektryczną maszynkę. Wybór padł na Medelę, o której przeczytałam mnóstwo dobrych opinii. 

       

       

      W zestawie dostałam silniczek pompki z lejkiem, zaworkiem (plus jeden zapasowy), butelkę Medela, podstawkę oraz zasilacz (że o pakiecie makulatury nie wspomnę).

       

      Medela Mini Electric i plusy

       

      Dlaczego postanowiłam wymienić mój całkiem dobry laktator na inny? Używanie ręcznego wymaga korzystania z obydwu rąk - jedna trzyma ustrojstwo przy piersi, druga pompuje. Jeśli człowiek ma tylko kilka razy nacisnąć, by troszkę pobudzić laktację czy ściągnąć niewielki nadmiar mleka, to ok, można wytrzymać. Ale jeśli jest przypięty do laktatora przez jakieś 8 godzin dziennie, to już zaczyna być niekomfortowo.

       

      Jak pisałam, ja musiałam po każdym karmieniu przystawić się na pół godziny - karmiłam mniej więcej co godzinę, półtorej, więc spędzałam dosłownie pół dnia wydając mleko! Medela pozwalała mi uwolnić jedną rękę, miałam więc opcję a) poczytania b) posurfowania w necie c) umycia zębów/umalowania się, a nawet zrobienia sobie kanapki. 

       

       

      Bardzo odpowiadała mi też zmienna siła ssania - dość duża skala i płynne zmienianie znacząco wpływają na komfort używania. Początkowo ściąganie było bolesne, więc korzystałam z najmniejszej mocy, po kilku minutach było już lepiej, więc ją zwiększałam.

       

      Wielką zaletą jest opcja używania laktatora bez kabla - działa na baterie. Dzięki temu mogłam sobie wędrować po domu, coś posprzątać, podejść do domofonu czy cokolwiek innego. Medela ma też opcję dla naprawdę zabieganych mam:

       

      Ja na szczęście nie musiałam się uciekać do tak ekstremalnego rozwiązania, zresztą Medela Mini Electric nie ma przewodów prowadzących do silnika pompki, a silnik jest przyczepiony dla butelki, jest zatem dość ciężki i chyba bez podtrzymywania rekami obciążałby boleśnie i tak nadwerężona pierś.

       

      Plusem jest też łatwe mycie - całość rozmontowuje się i każdy z elementów można starannie wyszorować, wyparzyć itp. Co istotne, elementy laktatora można dokupić, np. dopasować muszlę do rozmiaru piersi (choćby w niektórych sklepach Mothercare czy Smyk).

       

      O. jadał ściągnięte mleko w butli Medeli ze smoczkiem Calma. Ma on imitować kobieca pierś i sprawiać, że dziecko nie przestawi się na butlę - z której pije się znacznie łatwiej. Trudno mi tu oceniać, ale O. do końca karmienia nie stawiał butli ponad cycusiem;), więc chyba zadziałało!

      Smoczek wygląda tak:

       

      Medela Mini Electric Mini i minusy

       

      Jedynym właściwie minusem jest hałas - Mini Electric huczy jak mały traktorek! Nie ma opcji ściągania pokarmu przy śpiącym dziecku, w nocy trzeba się chować w jakimś zacisznym miejscu, a ściąganie w łazience np. w biurze na pewno zwróci uwagę... Znacznie ciszej pracuje wyższy model Medela Swing, jest jednak droższy (ok. 500 zł). 

       

      Za Electric Mini zapłaciłam 339 zł, jednak był to zakup szybki, w Smyku, gdzie, jak wiadomo, wszystko jest droższe niż normalnie;). W Internecie można go dostać już za 250 zł.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Przygoda z laktatorem, czyli o Medeli Mini Electric”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      czerwiec_2012
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 października 2013 12:14
  • sobota, 12 października 2013
    • Mamaocenia na Zaradnematki.com

      Od tygodnia niemal mój blog jest blogiem tygodnia na Zaradnematki.com. Dodatkowo na profilu fanowskim Zaradnych jest konkurs, w którym można wygrać maliniaka - dowolnego:) Link do konkursu KLIK. Wystarczy dokończyć rymowankę "Moje dziecko, moje wybory...":)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      czerwiec_2012
      Czas publikacji:
      sobota, 12 października 2013 21:57
    • Jestem, tylko gdzie indziej

      Lista blogowych tematów ostatnio tylko mi się wydłuża, a nic z niej nie ubywa. Mam jednak wytłumaczenie: Malinowe Pole:)

       

      Przyszła wreszcie dostawa nowej kolekcji, musiałam zrobić jej zdjęcia (a modela mam kapryśnego), do tego otworzyłam sklepik w DaWanda i wszystko w minionym tygodniu kręciło się wokół tych wydarzeń.

       

      Nie mogę obiecać poprawy, bo nie wiem, co mi przyniosą najbliższe dni, ale mogę solennie przyrzec, że podejmę starania, by jednak bloga nie zaniedbywać;)

       

      Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawicie "lajka" na malinowym profilu na FB i jeśli znajdziecie chwilę, by odwiedzić sklepik Malinowego Pola na DaWanda:) Na zachętę powiem, że są w nim zdjęcia mojego ukochanego, najpiękniejszego, najcudowniejszego modela, czyli O.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      czerwiec_2012
      Czas publikacji:
      sobota, 12 października 2013 21:50
  • środa, 09 października 2013
    • Polarino, my friend

      Mamy za sobą pierwsze przejażdżki z polarino. Jak wspominałam w jednym z wpisów, jest to alternatywa dla kocyka - okrycie z polaru, w którym można wygodnie pociechę zapiąć, nie krępując przy tym jego ruchów, i równie wygodnie wypiąć - wystarczy rozsunąć zamek błyskawiczny i witaj, wolności!

       

       

      Budową polarino przypomina pelerynkę: ma otwór na głowę i "rękawy". Za pomocą pasów przypina się je do wózka niczym śpiwór (ma zestaw wycięć). Gdy wieje i jest zimno, dziecko można zapiąć pod szyję. Rączki są wolne, ale klatka piersiowa i szyjka pozostają pod przykryciem.

       

       

      Suwaki po bokach rozpinają się na całej długości. Można w ten sposób zapewnić dodatkową wentylację lub ułatwić wyjmowanie dziecka. Mają jeszcze jedną funkcję: gdy je rozepniemy, polarino zmienia się w koc - można je w ciepły dzień rzucić na trawkę czy ławkę i posiedzieć:)

       

      Z tyłu wszyto gumkę, którą zakłada się na oparcie i całość solidnie się trzyma. 

       

       

      Otwory na pasy ustawiono tak, że pasować będą do większości spacerówek-parasolek (pod taki wózek tworzony był prototyp), choć może nie superidealnie (u nas nie pasują superidealnie, ale wystarczająco;)), ale tak to już jest z produktami niededykowanymi dla konkretnego modelu.

       

       

      Dla mam ruchliwych dzieci polarino będzie zbawieniem. W naszym przypadku kwestią jest nie tylko wyplątywanie O. z koca co trzy minuty (bo chce pochodzić, zobaczyć, przytulić się, właśnie wtarł sobie we wszystko, do czego sięgnął, bułkę/chrupkę/jabłuszko), ale także to, że mój syn ma ubaw z wyrzucania koca z wózka. Mam czasem wrażenie, że czeka, aż będziemy mijć kałużę czy jakieś niezidentyfikowane maziste syfy na chodniku, i celnie ciska nim prosto w największy brud. Nasz stan posiadania obejmuje - szczerze i serio - osiem kocyków różnej grubości, w większości z polaru (najszybciej schnie;)...). Inaczej musiałabym prać codziennie.

       

       

      Moje dziecko jest już chodzące, dlatego lekki jesienny śpiwór nie jest u nas idealnym rozwiązaniem - błoto w przeciwieństwie do śniegu nie daje się łatwo otrzepać, no i brudzi. Polarino nie jest zapinane od dołu, więc brudne buty sobie wystają i wszyscy zadowoleni.

       

      Nasz Emma jest dużym wózkiem i śpiwór spokojnie się do niej mieści - na pewno więc nie zrezygnuję z tego gadżetu na zimę. Jednak Cam Micro, którym jeździmy jak drugim wózkiem, jest niewielki, ma krótkie oparcie i stosunkowo wąskie siedzisko. Nie spędzamy w nim długich godzin, ale zmarznąć można - nie bardzo widzę, jak miałabym tam wpiąć klasyczny zimowy śpiwór. A polarino jest małe i miękkie, zmieści się nawet do mikrowózka.

       

      W polarino zapinam synka i mam pewność, że:

      a) nie rozkryje się i nie zmarznie, ale nie będzie zakutany jak w kokonie (tak robiłam dotychczas z kocem - na sztywno. Byłam głucha na protesty, ale zaczął mówić w takich chwilach smutno "mamu, mamu", co oznacza "mamusiu"...)

      b) nie uda mu się ubabrać polaru błotem, wkręcić w koła, zgubić, gdy matka akurat się zagapi/zagada i nie zauważy lotu koca w krzaki czy do rowu.

       

       

      Polarino jest polskim produktem. Jego autorką, a właściwie kreatorką - bo jest opatentowane i uznane oficjalnie za produkt innowacyjny - jest pani Kamila Zagórowska, mama czworga dzieci. Jak mi powiedziała, w tym przypadku potrzeba byłą matką wynalazku - jej córa jak mój O. doskonaliła się w sztuce wywalania koca z wózka, a pani Kamila, w ciąży, po prostu nie miała już siły i nerwów się ciągle schylać. Pierwsze polarino uszyła dla siebie, a kolejne to już zamówienia dla zachwyconych mam i babć. 

       

      Rękawek Polarino

       

      Obecnie w sprzedaży jest kilka rodzajów okryć (można zobaczyć na stronie WWW), w tym megaciepłe zimowe (przetestujemy, jak tylko będą mrozy!), wszystkie uszyte są z miękkiego polaru o różnych gramaturach oraz z ciepłej pikówki, zobaczyć je można TUTAJ. Ponieważ polarino wciąż jest prototypem, pani Kamila będzie je udoskonalać, wprowadzać udogodnienia, a także nowe wzory i kolory. 

       

      KLIK. Koszt cieplejszej wersji, jakiej używamy, to 99 zł. Oprócz tego modelu pani Kamila pożyczyła nam też polarino Deluxe, z kocyka - baaaaardzo ciepłe, więc potestujemy, jak zaczną się mrozy.

       

      W tym miejscy chciałabym zachęcić Was do wzięcia udziału w ankiecie dotyczącej wymarzonego koloru polarino. To na pewno ułatwi pani Kamili tworzenie nowej kolekcji:). Pomożecie?



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      czerwiec_2012
      Czas publikacji:
      środa, 09 października 2013 10:59
  • poniedziałek, 07 października 2013
    • Pani Helenka Złotoręka, czyli o materacykach szytych na miarę

      Moja Emmaljunga jest najfajniejszym wózkiem ever, a do tego jest moim zdaniem bardzo ładna - mamy grafitowoszarą z kwiatowymi wstawkami (taki "kanapowy" materiał). Jednak chciałam ją nieco ożywić. Na forum Wózkomanii znalazłam kontakt do Pani Helenki, która szyje materacyki na wymiar - trzeba podać model (te standardowe ma pomierzone) i ewentualnie przesłać wymiary, wybrać sobie materiał (dowolny!) na każdą ze stron i nieco poczekać. 

       

       

      Ja zamówiłam do naszego Scootera materacyk z jednej strony w czerwone kropki, a z drugiej w samochodziki na szarym tle. 

       

       

       

      Jeśli chodzi o jakość, to jest po prostu na 6. Materacyk jest miękki, dość zbity, wypełnienie nie przesuwa się. Pani Helenka szyje swoje materacyki naprawdę starannie - wszystkie otworki na pasy są obrobione dokładnie i równo, brzegi zszyte jak od linijki - lubię to!

       

       

      Z boków są tasiemki, którymi można przytroczyć materacyk do pasów, ale u nas nie jest to konieczne - ponieważ nie używamy naramienników, użyłam ich do przyczepienia materacyka na górze - dzięki temu jest stabilnie i wygodnie, bo pasy nie przeszkadzają.

       

       

      Jedną z największych zalet materacyków (i w ogóle tego typu wkładek) jest to, że można je uprać i że chronią tapicerkę wózka przed ubrudzeniem. Ja naszą musiałam już prać nie raz i nie dwa. Po pierwszym praniu trochę się pozwijała (wrzuciłam do pralki), więc musiałam ją trochę porozciągać i poukładać podczas suszenia. Drugie pranie zafundowałam jej ręczne i nie musiałam już tego robić.

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      czerwiec_2012
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 07 października 2013 10:31
  • czwartek, 03 października 2013
    • W temacie wózkowym - POLARINO

      Gadżety wózkowe są jednymi z moich bardziej ulubionych (najbardziej kocham jedzeniowe). Przy wyborze kieruję się oczywiście urodą (np. materacyk od Pani Helenki), ale także względami czysto praktycznymi (np. materacyk od Pani Helenki;)).

       

      Teraz z racji pory roku szukam czegoś do okrycia O. w wózku. Nie chcę pakować go jeszcze w śpiwór, nie tylko dlatego, że na razie (na szczęście) jest za ciepło, ale także z powodu jego mobilności - musiałabym go wypinać i wpinać co jakieś 10 minut, czyścić mu co chwila buty (a najlepiej zdejmować i na powrót zakładać, gdy zapragnie trzy minuty podreptać...), a po powrocie prać śpiwór, bo i tak zawsze trafi do niego jakiś kawał błocka/piachu.

       

      W poszukiwaniu idealnego rozwiązania przeglądałam ostatnio Allegro i trafiłam na coś, co po prostu muszę mieć (i będę miała już jutro!!!): osłonkę Polarino.

      Wygląda tak (zdjęcie "ukradłam" ze strony WWW):

      Jest to taki kocyk o funkcji śpiwora, można w nim dziecko zapiąć, nogi mogą sobie troszkę wystawać, rączkami można machać bez obawy, że okrycie (znów) wyląduje w błocie, właśnie to, czego mi trzeba. Poszperałam w necie i okazało się, że osłonka Polarino ma jeszcze jedną cechę, która jest dla mnie bardzo ważna: jest szyta w Polsce. 

      Weekend zapowiada się więc testowo, będę się zmagała z nowym wózkiem oraz z Polarino. Uwielbiam takie weekendy, nie mogę się doczekać!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      czerwiec_2012
      Czas publikacji:
      czwartek, 03 października 2013 23:11

Wyszukiwarka

Autorzy

Kanał informacyjny

Malinowe Pole on DaWanda.pl